Wirtualne wybory

Poniższy artykuł ukazała się w tygodniku „Computerworld”, w czerwcu 2007 r.


Postulat wyborów poprzez Internet pojawia się coraz częściej nie tylko w publicystyce ale także w programach politycznych. Jest zazwyczaj traktowany jako naturalna, a czasami wydaje się, że sztandarowa, część e-govermant – kolejny etap odchodzenia od archaicznej papierowej technologii.
Obawiam się jednak, że jest to raczej kolejny przykład owczego e-pędu, któremu ulegają jego autorzy sądząc, że wszystko co „internetowe” jest nowoczesne i efektywne.
W tym kontekście dwuznaczność zawarta tytule artykułu nie jest wcale niezamierzona.

O ile samo zastąpienie papierowych kart do głosowania „automatem wyborczym” jest, przynajmniej teoretycznie, proste to jednak nie wnosi do wyborów jakiejś znaczącej wartości dodanej.
To co stanowi faktyczny „crême de la crême” wyborów elektronicznych to głosowanie przez Internet.
Jego zwolennicy twierdzą zazwyczaj, że ten sposób głosowania daje szansę na zwiększenie (tak marnej w Polsce) frekwencji wyborczej oraz na przełamanie barier w uczestnictwie w życiu publicznym przez osoby niepełnosprawne.
Głosowanie takie ma jednak także wady i to takie które zdają się podważać same podstawy owej idei.

Zdecydowanie mniejsza transparentność.

Wybory to bardzo drażliwy politycznie i społecznie problem, oskarżenia o nieprawidłowości czy fałszowanie wyborów zdarzają się zawsze i chyba we wszystkich państwach (nie tak dawno w Stanach Zjednoczonych, a ostatnio np. we Włoszech – by wymienić przykłady tylko ze „starych demokracji”).
Zaufanie obywateli do samego aktu wyborczego jest w znacznej mierze funkcją jego przejrzystości i klarowności. Tymczasem to właśnie jest jeden z najsłabszych punktów internetowych wyborów.

Nawet zakładając, że kody źródłowe całości oprogramowania składającego się na system wyborczy zostaną udostępnione i dokładnie zweryfikowany (co w praktyce jest zresztą mało realne) i tak nie można liczyć na dokładną, niezależną analizę wszystkich elementów systemu składającego się na system wyborczy.
Składają się nań przecież nie tylko oprogramowanie ale także: serwery, systemy telekomunikacji, administratorzy i procedury obsługi. Nic nam nie da wiedza o oprogramowaniu, sprzęcie, procedurach jak nie będziemy w stanie zagwarantować, że faktycznie takie (i tylko takie) oprogramowanie zostało na owym sprzęcie zainstalowane. Zapewne niezależna analiza całości sprowadzi się do audytu jakieś „renomowanej firmy konsultingowej” + nadzoru ze strony bardzo tajnych służb państwowych.

Trudno o większy kontrast dla stanu w którym, tysiące zwykłych ludzi pracując w rejonowych komisjach wyborczych, są świadkami prawidłowości (lub nie) sposobu oddawania głosów. Cały ten mechanizm społecznej kontroli jest w przypadku wyborów „internetowych” niedostępny.

Wybory „papierowe” to wybory w których sposób zliczania głosów jest zrozumiały dla olbrzymiej większości obywateli. Praca w komisji wyborczej nie jest zarezerwowana dla wybrańców, co więcej jest traktowana jako dostępny niemal każdemu, sposób na zarobienie dodatkowych paru groszy. W pracach komisji wyborczych mogą uczestniczyć przedstawiciele poszczególnych komitetów wyborczych i mają tam realną kontrolę nad rzetelnością i uczciwością liczenia głosów.

W przypadku „elektronicznych” wyborów realną wiedzę na temat prawidłowości wyborów i liczenia głosów będzie posiadała bardzo nieliczna grupa technokratów. Poza nią w istocie nikt nie będzie miał wglądu w faktyczne działanie systemu liczenia głosów.
Bez owej super elitarnej grupy, której deklaracje będziemy mogli przyjąć jedynie na wiarę: ani obywatele, ani politycy ani sądy nie będą w stanie zweryfikować prawidłowości żadnej fazy liczenia głosów.

Sytuacja w której tylko wąskie grono wtajemniczonych może (?) zweryfikować ich prawidłowość nie zwiększy zaufania do wyborów. W efekcie, paradoksalnie, ów brak zaufania do samej procedury może zmniejszyć frekwencję w wyborach internetowych – skoro „Eee, panie kto tam wie co ONI w tych komputerach wyliczą”. Dystans pomiędzy relacją szwagra z rejonowej komisji wyborczej, a komunikatem o tym jak to zweryfikowano poprawność transmisji danych do centralnej komisji wyborczej jest oczywisty. Ludzie mogą się poczuć jak widzowie totolotka, (tam przynajmniej jednak pokazują podskakujące z numerami bile).

Ktoś może powiedzieć, że i obecnie wybory korzystają z elektronicznych systemów obliczania i przekazywania danych.
To prawda.
Ciągle jednak kontrolujemy sposób oddawania głosów i dysponujemy fizycznie namacalnymi kartkami wyborczymi. Zawsze możemy się do nich odwołać jako do ostatecznego potwierdzenia (falsyfikacji) prawidłowości wyborów.

Handel głosami.

Wada bodaj największa bo w zasadzie nieusuwalna to brak realnych zabezpieczeń przed kupowaniem głosów.
Wszelkie próby bezpośredniego kupowania głosów wyborczych są obecnie dość skutecznie ograniczane przez całkowitą niepewność kupującego co do wywiązania się sprzedającego z umowy. Stan taki wprowadza do całej transakcji na tyle znaczący czynnik ryzyka, że czyni ją na szerszą skalą nieopłacalną.
Jednak w przeciwieństwie do, w jakiejś mierze publicznego, głosowania w lokalu wyborczym, głosowanie przez Internet ma charakter niemal intymny. Nikt nie będzie więc w stanie zagwarantować, iż głosujący nie sprzeda swojego głosu zainteresowanym kupcom. I to zupełnie niezależnie od technologii głosowania, w każdym bowiem wariancie taki handel jest możliwy.

Bez trudu więc można sobie wyobrazić naganiaczy, którzy przejdą się po akademiku czy bursie (kurs, jedno piwo – jeden głos, wydaje się być całkowicie realny) kupując po te kilkanaście czy kilkadziesiąt głosów na wybrane ugrupowanie. Takie akcje można zresztą prowadzić w niewinny sposób „Ciociu po co mamy jechać do lokalu wyborczego, mam komputer i załatwimy to w domu. Ja ci pomogę.
Sprytniejsi mogę dla potrzeb tego typu „kampanii wyborczej” przygotować na swoim komputerze aplikację, która będzie symulowała głosowanie na inne ugrupowanie niż faktycznie wybrane przez nieświadomego wyborcę.

Konsekwencją tego stanu rzeczy musi być więc rozwiązanie informatyczne uwzględniające między innymi sytuację w której głosujący będzie korzystać z komputera nad którym kontrolę sprawuje ktoś inny (bo ktoś inny jest tego komputera właścicielem lub… bo ktoś przejął nad nim, np. za pomocą złośliwego oprogramowania kontrolę). To nie jest warunek łatwy do spełnienia. Dodatkowo czas głosowania jest z krótki i z góry znany. Łatwo sobie np. wyobrazić specjalne rootkit-y wyborcze, które choć infekujące komputery obywateli pozostaną nieaktywne (i niewykryte) aż do dnia wyborów, co dramatycznie utrudni ewentualne przeciwdziałanie.
Dochodzimy tutaj do kolejnej kwestii czyli bezpieczeństwa wyborów internetowych.

Zdradliwe analogie.

Zwolennicy wyborów on-line operują często argumentem „Najlepszym dowodem na to, iż jesteśmy mentalnie i technologicznie gotowi na elektroniczne wybory jest sukces banków internetowych. Skoro potrafimy bezpiecznie zarządzać przez Internet naszymi pieniędzmi to TYM BARDZIEJ możemy zaufać elektronicznym wyborom. Akt wyborczy jest przecież o niebo prostszy niż bankowość elektroniczna.”
Niestety, nie „tym bardziej” ale raczej „tym mniej”. Kluczem do bezpieczeństwa wszystkich systemów jest człowiek. Nawet gdy w grę wchodzą własne pieniądze, ludzie popełniają wiele głupstw łamiąc zasady bezpiecznej pracy z komputerem i Internetem.
Czy gdy zamiast własnych pieniędzy będą mogli stracić głos w wyborach, do owych zasad będą przywiązywać większą wagę ?

Zwolennikom głosowania przez Internet polecam taki test – w której sytuacji zachowali by więcej ostrożności w sytuacji gdy mogą stracić swoje oszczędności czy tylko swój głos w wyborach ?
W przypadku banków elektronicznych znaczna część odpowiedzialności za bezpieczeństwo operacji ciąży na klientach, gdy klient w wyniku swojej niefrasobliwości udostępni parametry dostępu do konta, utracone pieniądze to wyłącznie JEGO indywidualny problem, tymczasem głosy utracone w wyniku niedbałości wyborców staną się głównie NASZYM problemem, problemem całego państwa, którego demokratyczne fundamenty zostały by w oczywisty sposób zakwestionowane.
Co gorsza potencjalne zyski kompromitacji systemu zdalnego dostępu do kont jakiegoś banku są wbrew pozorom mniejsze niż możliwe zyski wynikające z wpływu na wynik wyborów. „Dobra” ustawa może być przecież warta miliony, a może miliardy. Zważmy też, że pojawia się tu niezerowe prawdopodobieństwo wrogiej działalności innych państw, a więc struktur dysponujących olbrzymimi zasobami, które mogły by być uruchomione dla zakłócenia ewentualne wyborów.
Ostatnie wydarzenia w Estonii nie pozwalają już dalej ignorować tego, niedocenianego chyba dotąd, wymiaru e-gov.

E-gov jest dobry na wszystko ?

Mam czasami wrażenie, że zachłystując się hasłami „e-gov” czy „informatyzacja” zapominamy o kwestii zasadniczej – informatyzacja (siłą rzeczy proces cząstkowy) winna obejmować te procesy, których przekształcenie będzie w danym momencie najbardziej społecznie i ekonomicznie efektywne.

Tym bardziej, że w konkurencji „ergonomia wizyty w okienku versus ergonomia formularza internetowego” ta pierwsza nie zawsze stoi na straconych pozycjach. Pamiętajmy, że informatyzacja nie zmienia reguł prawa, sprawa załatwiana przez Internet będzie tą samą sprawą, z tymi samymi wymogami (tak samo trudną, a czasami trudniejszą) jak sprawa załatwiana tradycyjnie.
To co jest, punktu widzenia obywatela, zaletą e-gov to brak ograniczeń logistycznych – dostępność usługi 24 godziny na dobę bez konieczności opuszczania naszego domu.
Jednak jeśli już dostaniemy się przed urzędowe okienko często zyskuje ono przewagę nad klawiaturą naszego komputera. Bezpośredni kontakt z (kompetentnym urzędnikiem – TO JEST REALNE) daje nam bowiem szansę na uzyskanie wsparcia w poruszaniu się po administracyjnych procedurach, wsparcie którego będziemy pozbawieni w Internecie.
Oczywiście informatyka dostarcza nam narzędzi, którymi możemy próbować owego urzędnika zastąpić (wszelkiego rodzaju: kreatory, słowniki, weryfikacje poprawności wypełnienia pól, itp.), nie zawsze jednak będzie to faktycznie możliwe i efektywne.

Potencjalne kłopoty we wdrożeniu obywateli w załatwianiu spraw przez Internet będą tym większe im rzadziej dana procedura będzie przez nich wykorzystywana i im bardziej będzie skomplikowana.
Warto więc rozpoczynać informatyzację od procedur najprostszych i/lub najczęściej wykonywanych przez mieszkańców, tak by zminimalizować kłopoty z obsługą i zmaksymalizować ich zysk logistyczny. Takie procedury szybko zostaną przez odbiorców zaakceptowane.
Wybory elektroniczne do nich nie należą.
Odbywają się zbyt rzadko.
(W tym kontekście wydaje się, że swoistym El Dorado elektronicznych usług administracji publicznej mogą być wszelkie relacje z firmami, ale to temat na osobny artykuł.)

I jeszcze na koniec dwie refleksja natury ogólnej.

Czy chorzy i niepełnosprawni na pewno najbardziej oczekują właśnie możliwości głosowania przez Internet ?
Czy może raczej woleli by zobaczyć transport zorganizowany do lokali wyborczych (lub komisji wyborczej do nich), przynajmniej mieli by okazję wyrwać się z domu albo spotkać z innymi ludźmi ?

I czy takie rozwiązanie nie było by w ostatecznym rozrachunku i tak znacznie tańsze od „wirtualnych wyborów” ?
Czy na prawdę tak bardzo winno zależeć nam na głosach owych mitycznych „milczących” wyborców, którym nie chce się nawet raz na parę lat, ruszyć na chwilę z domu pewnej części ciała po to by współdecydować o losach własnego kraju ?

Piotr Gomułkiewicz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.