Widmo kontroli internetu krąży nad Europą

„Dążę do ustanowienia precedensu prawnego, mianowicie, że fora internetowe rządzą się nie ustawą o hostingu, o użyczaniu serwerów, tylko rządzą się prawem prasowym, w związku z tym wydawcy są odpowiedzialni za treści, które rozpowszechniają”

Radosław Sikorski – minister spraw zagranicznych Rzeczpospolitej Polski »

Ponad rok temu pod osłoną walki z hazardem rząd próbował wprowadzić internetowy Rejestr Stron i Usług Niedozwolonych. Pod naciskiem internautów i wobec potencjalnego weta Prezydenta RP – sprawa została odłożona (ale nie porzucona).

Wraca jednak nieustannie – w banalnej, niestety często skutecznej, konwencji.
Źli policjanci ministrowie i bliżej nieznani urządnicy rządu testują coraz bardziej niepokojące pomysły na cenzurę internetu, a dobry policjant Premier Donald Tusk zaraz uspokaja, że nikomu krzywdy nie da zrobić – Miłość i Zaufanie.

W ostanich dniach jesteśmy świadkami kilku takich testów. Obawiam się jednak, że to nie spektakularna akcja komanda ABW na mieszkanie i zbrodniczy laptop twórcy antykomor.pl, ale koncepcje werbalizowane przez Radosława Sikorskiego stanowią największa zagrożenie dla wolności w sieci. Wpisuje się ona idealnie w strategię obecnego rządu – spychania z siebie odpowiedzialności i załatwiania spraw cudzymi rękami.

Gdyby koncepcja przedstawiona przez Sikorskiego została zrealizowana, całość roboty cenzorskiej musieli by wykonywać właściciele forów i list dyskusyjnych, zaś Premier Tusk mógł by spokojnie ubolewać, że są tacy gorliwi.
Niestety pomysły te korespondują z koncepcjami krążącymi za oceanem i po głowach biurokracji europejskiej, zgodnie z którymi to dostawcy internetu winni brać na siebie współodpowiedzialność za prezentowane w sieci treści (szczególnie w konteście piractwa komputerowego).

Cel tych pomysłów jest oczywisty – zagrożeni procesami wielkich koncernów medialnych dostawcy mieli by prowadzić własnymi rękami ścisłą kontrolę sieci.